Jakiś czas temu pisałem o wprowadzeniu w moim życiu trzech dni w tygodniu bez komputera. Udało mi się utrzymać tę zasadę i widzę, że pozytywnie wpłynęła na jakość mojego domowego działania. Odświeżyłem półkę z książkami, więcej rozmawiałem z żoną i dzieckiem, znalazłem czas na zrobienie dawno odkładanych prac. Oprócz tego pozwoliło mi to uświadomić kilku osobom, że mam także inne obowiązki niż komputerowe i nie jestem w stanie zrobić wszystkiego na wczoraj, bo akurat się komuś w niedzielę popołudniu coś przypomniało.
Domowy Kościół, w którym zaczęliśmy się powoli angażować także przynosi pewne zobowiązania. Są to:
- codzienna modlitwa osobista (Namiot Spotkania),
- regularne spotkanie ze słowem Bożym,
- codzienna modlitwa małżeńska,
- codzienna modlitwa rodzinna,
- comiesięczny dialog małżeński,
- reguła życia (systematyczna praca nad sobą, swoim małżeństwem i rodziną),
- uczestnictwo, przynajmniej raz w roku, w rekolekcjach formacyjnych.
Niektóre, jak lektura Pisma Świętego czy modlitwa rodzinna, nie były trudne do realizacji, ale najgorzej jest z modlitwą małżeńską. Może to się wydawać dziwne, ale naprawdę nie jest łatwo uklęknąć i dodatkowo pomodlić się ze swoją żoną. Może dlatego, że na taką wspólną modlitwę pracuje się cały dzień i jeśli on nie był odpowiednio przeżyty, to człowiek wie, że przy tej modlitwie nie będzie miał się czym chwalić (żona przecież widzi, jak jest naprawdę). O dialogu małżeńskim nawet nie wspominam, bo podchodzę do niego jak pies do jeża.
Człowiek ciągle się dowiaduje, ile jeszcze pracy przed nim i że nie można być pewnym, czy się nie upadnie w dowolnym momencie. Zobowiązania, które podjęliśmy z żoną pokazują, że warto pracować i mieć jakąś regułę życia, która pomaga zrealizować drugą część zdania, czyli podnosić sobie poprzeczkę i piąć się coraz wyżej.
3 odpowiedzi
Vroobelek pisze:
Jacku, gratuluję. :-) Ja z racji zawodowych nie mogę sobie na trzy dni pozwolić, ale chyba zacznę rozważać niedzielę bezkomputerową. Jutro pierwsza okazja do tego... :-)
b-m pisze:
Nigdy nie udawalo nam sie modlic razem, nam to znaczy mnie i mezowi. Kazde z nas inaczej pojmuje modlitwe, kiedy indziej "po nia siega", w inny sposob szuka spotkania z Panem. I tak jest do dzis, choc staz malzenski mamy juz ho,ho. Powiem wiecej: maz moj twierdzi, ze oboje jestesmy wierzacy i poszukujacy, ale czasem zdaje mu sie, ze nasi bogowie (Bogowie?) chyba sie nie znaja. I cos w tym jest - kazde z nas jakos inaczej Boga widzi, inaczej Go sobie wyobraza, a wyobraznie mamy bardzo rozna...
AUGK pisze:
Ale Bog, tak obiektywnie, jest przeciez jeden, ten sam dla wszystkich...
Dodaj nową odpowiedź