Pewnego razu w Krakowie do poradni, w której pracowałam, przyszli rodzice z dwunastoletnią córką. Matka powiedziała od razu: „Mam kłopoty z moją córką”. Zapytałam: „To nie jest dziecko tego pana?”. „Ależ tak, to mój mąż”. „To dlaczego pani nie mówi «nasza córka»?”. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, ale ja po tylu latach pracy w poradni, zarówno młodzieżowej, jak i małżeńskiej, wiem.
Budowanie i tworzenie tego „my” to niełatwa rzecz. Doświadczam tego w różnych sytuacjach, ale szczególnie przy wspólnej modlitwie.
To „my”, które jest gwarancją trwałości i szczęścia małżeńskiego, nie przychodzi samo i nie jest łatwo dać się poznać, otworzyć się, zaufać, przyjąć drugiego takim, jakim jest, i kochać go. Są różne czynniki, które umacniają, cementują jedność. To „my” może być zarówno radością, jak i wspólnie przeżytym bólem.
Jednym ze sposobów najgłębiej wiążących ludzi są wspólne przeżycia religijne. Jeżeli dwoje ludzi modli się razem, razem przystępuje do Komunii Świętej, to ich miłość zakorzenia się w Bogu i stale rośnie. Z pomocą łaski są w stanie przetrwać wszystkie kryzysy. Sami tego nie potrafią, bo życie małżeńskie wymaga „całopalenia”, całkowitego poświęcenia się drugiej osobie i wówczas to „my” stanowi siłę i źródło szczęścia.
Oby tak się stało.
1 odpowiedź
Paulina pisze:
Trochę to dziwne, że małżeństwo z 12-letnią córką nie traktuje siebie jako jedności...
Wiara jest podstawą miłości. Bez Boga człowiek do prawdziwej miłości chyba nie jest zdolny...
Dodaj nową odpowiedź