karuzela rodzinna

Zbyt mały kalendarz

Najbliższy czas znowu zajęty do granic niemożliwości. Dobrze, że udaje mi się w miarę normalnie pogodzić wszystkie terminy. Jednak i tak nie każdy potrafi zrozumieć, że nie jestem w stanie być w kilku miejscach jednocześnie.

Oprócz pracy angażuję się jeszcze w kilka innych spraw, a przecież jest jeszcze żona i dzieci. Z żoną częściej się mijamy niż przebywamy, a dzieci rosną coraz szybciej. Tak szybko, że zaczynają mi uciekać. Obiecałem sobie, że będę regularnie chodził z Karoliną na basen, na razie mi się udaje. Przy okazji możemy sobie trochę pogadać, bo uświadamiam sobie, że w codziennych warunkach nie ma kiedy.

Najbliższe soboty mam zajęte do 2 kwietnia, niektóre niedziele również. Od poniedziałku do piątku w pracy, w międzyczasie różne obowiązki z innych dziedzin, na dokładkę kilkudniowe szkolenie, rekolekcje, wyjazd do Częstochowy, do Pelplina i nie wiem, gdzie jeszcze. To mało?

Z żoną na wyścigi

Żona w pracy, a ja zamiast iść spać siedzę i myślę.

Jest wiele spraw, w których powinienem mocno nad sobą popracować. Na zewnątrz być może wydaję się innym poukładany, dojrzały i odpowiedzialny, jednak w porównaniu z moją żoną wypadam blado. Nadrabiam za to wygadaniem, bo ona jakoś niespecjalnie chce się odzywać.

Współpraca z żoną w zaangażowaniu religijnym wymaga ode mnie cierpliwości. Ja najchętniej pobiegłbym kilometry do przodu i podjął się wielu różnych spraw. Dorota woli poczekać, musi do niektórych decyzji dojrzeć. Nie lubię czekać, ale wiem, że powinienem. Ostatecznie ważniejsza dla naszego rozwoju jest współpraca niż wyścigi. Muszę się ciągle tego uczyć. Także tego, że żona nie jest mną, inaczej widzi różne rzeczy, a nawet ma inne zdanie na różne tematy.

Motywacja

W poniedziałek czeka mnie długie posiedzenie rady pedagogicznej, przewidziane na trzy i pół godziny. Jak znam życie, to i tak się przedłuży. Tematyka posiedzenia w ogóle nie motywuje mnie do przyjścia, ale przyjdę, bo muszę.

W listopadzie będzie kolejne posiedzenie rady, tym razem szkoleniowe. Będziemy się szkolić jak motywować uczniów. Jednak wydaje się, że powinniśmy zacząć od kwestii, jak motywować samych siebie do pracy. Na szkolenie przyjdą ludzi totalnie niezmotywowani do pracy i narzekający, że jeszcze ktoś im zabiera cenny czas na jakieś pogadanki. Wcale im się nie dziwię. Jedyną motywacją do przyjścia na szkolenie jest przymus.

Moja motywacja do pracy też cienko przędzie. Już w połowie października zauważyłem u siebie oznaki przemęczenia. Szybko tracę cierpliwość, nie przygotowuję nowych pomysłów i rozwiązań. Mam za dużo zajęć i stale ktoś mi dokłada następne.

Żona wie wszystko

Moja kochana żona zaczęła tutaj zaglądać i dopomina się kolejnego wpisu. Co ja jednak mogę takiego napisać, czego ona nie wie? Nawet gdy próbuję coś przed nią ukryć, to i tak jakoś się dowiaduje. Ma dobry wywiad i tyle.

Powinienem wyjechać na warsztaty w ramach projektu „Szkoła kluczowych Kompetencji”, ale najpewniej nie pojadę. Warsztaty są w Kudowie Zdroju, więc jakieś 7-8 godzin jazdy w jedną stronę. Same zajęcia zaś mają trwać razem około 12 godzin plus nocleg. Nie opłaca mi się jechać 16 godzin na 12-godzinne warsztaty. Poza tym mam małego Wojtusia w domu, a żona chodzi do pracy i nie mamy z kim go zostawić na tak długo.

Wrześniowe Wieczory Rodzinne

Dzisiaj zakończyły się w mojej parafii pierwsze w historii „Wrześniowe Wieczory Rodzinne”. Polegały one przede wszystkim na tym, aby dać małżonkom możliwość wspólnego uczestniczenia w Eucharystii i wysłuchania konferencji o tematyce małżeńskiej. W tym samym czasie dzieci miały zajęcia plastyczne w salce parafialnej.

Organizacja trochę kulała, ale ostatecznie udało się dopiąć różne sprawy i wystartowaliśmy. Ksiądz głoszący konferencje przyjął za temat błogosławieństwa i przedstawił je pod kątem relacji małżeńskich. Mówił mądrze, chociaż trochę długo. Nie zapamiętałem zbyt wiele, ale chyba nie o to chodziło, żebym zapamiętywał.