z życia wzięte

Sinusoida życia

Wielu absolwentów mojej szkoły, moich byłych uczniów dopisuje się do znajomych na Facebooku. Dla mnie jest to sposób na obserwację, co robią i jak radzą sobie w dorosłym życiu. Jest kilka przyjemnych niespodzianek, gdy człowiek, o którym trudno było powiedzieć coś pozytywnego dorasta i staje się odpowiedzialnym mężem i ojcem.

Niestety są też profile, które mnie smucą. Niektórzy pozostali na tym samym etapie rozwoju, inni skomplikowali sobie życie. Najbardziej jest smutno, gdy osoby z wielkimi ideałami nagle pozbywają się ich i zmieniają całkowicie sposób myślenia i działania. Tych mi najbardziej szkoda, bo miałem nadzieję, że wytrwają w pogłębianiu wartości, którymi żyli.

Ludzie się zmieniają. Jedni na gorsze, inni na lepsze. Sinusoida życia.

Zbyt mały kalendarz

Najbliższy czas znowu zajęty do granic niemożliwości. Dobrze, że udaje mi się w miarę normalnie pogodzić wszystkie terminy. Jednak i tak nie każdy potrafi zrozumieć, że nie jestem w stanie być w kilku miejscach jednocześnie.

Oprócz pracy angażuję się jeszcze w kilka innych spraw, a przecież jest jeszcze żona i dzieci. Z żoną częściej się mijamy niż przebywamy, a dzieci rosną coraz szybciej. Tak szybko, że zaczynają mi uciekać. Obiecałem sobie, że będę regularnie chodził z Karoliną na basen, na razie mi się udaje. Przy okazji możemy sobie trochę pogadać, bo uświadamiam sobie, że w codziennych warunkach nie ma kiedy.

Najbliższe soboty mam zajęte do 2 kwietnia, niektóre niedziele również. Od poniedziałku do piątku w pracy, w międzyczasie różne obowiązki z innych dziedzin, na dokładkę kilkudniowe szkolenie, rekolekcje, wyjazd do Częstochowy, do Pelplina i nie wiem, gdzie jeszcze. To mało?

Komunikacja

Dorota pyta, dlaczego nic nowego nie pojawiło się na blogu. Myślę, że to efekt zwykłego braku zastanowienia się nad tym, co się w moim życiu dzieje. Nie ma czasu na refleksję.

To nie jest tak, że nic się nie dzieje. Codzienne drobiazgi składają się na całość. Tyle, że tych drobiazgów nie zapamiętuję, a przez to uciekają mi jak przez palce.

Spory udział w moim ogłupieniu ma komputer i Internet. Ilość prezentowanych informacji zmusza do tego, by czytać szybko i bezmyślnie. Mój mózg zasypywany informacjami staje się coraz bardziej odporny na bodźce, a na pewno nie ma zamiaru wymyślać własnych.

Zaczynam też coraz częściej zauważać potrzebę zwykłej komunikacji, twarzą w twarz, zamiast elektronicznej. W sprawach trudnych do przepchnięcia przez e-mail czy komunikator, a nawet telefon rozwiązanie pojawiło się bardzo szybko po osobistym spotkaniu i porozmawianiu.

Kolęda, ferie i modlitwa

Dzisiaj w końcu dotarł do nas ksiądz z wizytą kolędową. Miło sobie pogawędziliśmy, ale niezbyt długo. To zresztą zrozumiałe, bo w dwóch mieli do odwiedzenia około stu mieszkań. Dodatkowo jeden z nich musiał zrobić godzinną przerwę, żeby odprawić mszę świętą. Jak tu się nie dziwić, że księża się śpieszą?

Zaczęły się zimowe ferie, w czasie których mam zamiar nadrabiać biurokratyczne i internetowe zaległości. Trochę mi się nazbierało, a zajmowanie się tym w domu do najprzyjemniejszych zadań nie należy – za dużo spraw mnie rozprasza.

Wyprawa z przygodami

Moja i kolegi wyprawa do Gniezna w sobotę okazała się pełna przygód. Warunki drogowe fatalne, śnieg sypał przez cały czas, a pługów żadnych nie było. Już po 10 km powolnej jazdy (40 na godzinę) wylądowaliśmy w rowie – na dodatek na długiej prostej. Na szczęście nic się nikomu nie stało, samochód też nie ucierpiał. Śnieg wszystko zamortyzował.

Po 20 minutach zatrzymał się uczynny kierowca swoim terenowcem 4x4 i nas wyciągnął. Swoją drogą ciekawe, że ruch był dość spory, ale zatrzymały się tylko trzy osoby. Gdybyśmy potrzebowali natychmiastowej pomocy, to pewnie byśmy się nie doczekali. Pełni strachu ruszyliśmy w dalszą drogę, która w zasadzie mogła zakończyć się jakieś 10 km przed Gnieznem. Trasa całkowicie zasypana śniegiem, zablokowana przez TIRy. Staliśmy pewnie z pół godziny w korku, już chcieliśmy nawrócić, ale nie było jak. Potem trzeba było się wzajemnie przepychać przez warstwy śniegu, w końcu w godzinnym opóźnieniem dojechaliśmy do Gniezna.